Bogdan Grodzki

Home

Wiersze

Punkt widzenia

Myśli

Quotations

Notki

Teksty wybrane

Filmy

Contact

Dialog




 

Kilka refleksji z podróży do krainy Gór Skalistych

l

Minęło kilka dni od zakończenia wyprawy w Góry Skaliste w Kanadzie. Musiałem zebrać myśli, ochłonąć. Otwieram swój notatnik z podróży - jeszcze ma w sobie zapach ogniska z Parku Narodowego Banff.

Drogę do Canadian Rockies przebyłem "w chmurach" - z przesiadką w Dallas (po wcześniejszym "gwałcie" zadanym pasażerom przez kontrolę na lotnisku La Guardia). Na tamtejszym lotnisku w Teksasie po raz pierwszy zobaczyłem z okna samolotu, który właśnie robił skręt na właściwy pas startowy, dziób następnego Jumbo-Jeta podążającego za nami. Trzeba przyznać, że przeszły mi ciarki... Snuły mi się po głowie różne refleksje, ciągle byłem pod wrażeniem powitania przez załogę na pokładzie samolotu American Airlines. W trakcie lotu czytałem próbne wydania Tygodnika Powszechnego w nowym formacie, co do którego nie byłem wcześniej przekonany. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że w przypadku tak prestiżowego pisma jak Tygodnik format nie ma najmniejszego znaczenia, liczy się treść, a ta jest przecież jak zwykle w tym piśme - pokarmem dla duszy.

Cytat z tekstu "Zwątpienie"Jacka Sempolińskiego: Ludzkość w toku cywilizacji nie "przeskoczyła" tych paru ciemnych punktów: zabijania, seksu, pragnienia. Wiedza o panowaniu, utrzymaniu gatunku itd. jest już ucywilizowaniem czegoś, co nie poddaje się rozumieniu. Wśród owych ciemnych "składników"ulokowany jest również akt twórczy. Jak seks i zabijanie. Twórczość to nie żadna potrzeba - ekspresji, oddziaływania - to wołanie otchłani. Jej syreni głos - nieukojona tęsknota do tego, co było a nie ma - nigdy nas nie opuści.

Jeden dzień zabawiłem w Calgary (14 lipca 2002). Akurat była to ostatnia szansa zobaczenia rzekomo wyjątkowej w swoim rodzaju, słynnej imprezy Stampede czyli - wyścigów koni Rodeo. Już po dojściu na miejsce żałowałem, że się tam wybrałem. Nagle uświadomiłem sobie, że to jest zwykły jarmark, czyli dokładnie to czego szczerze nie lubię. Zewsząd ciągnął tłum ludzi, istny spęd, coś jak polski odpust. Wokół diabelskie młyny, karuzele, stragany z kolorowymi balonikami i dmuchaną watą. Pomyślałem, że wszystko czego najbardziej pragnę w tej chwili to wydostać się z tego miejsca i nigdy do czegoś takiego nie wracać. Okazuje się jednak, że tłumy uwiebiają tego typu jarmarki. Przechodzę obok mnóstwa stoisk ze świecidełkami - niemal wszystkie znajdywały swoich amatorów.

p

Trochę znużony, usiadłem przy stoliku tuż przy scenie, na której jak się okazało odbywał się konkurs śpiewania. Każdy mógł zapisać się i po chwili zaistnieć jako wokalista. Podnoszę głowę, aby napić się ożeźwiającego koktailu truskawkowego, a przede mną siedzi na murku bardzo młoda i ładna blondynka w kapeluszu, z iskrzącymi się, niebieskimi oczami, coś pod nosem sobie śpiewa i co chwila przyjemnie się do mnie uśmiecha. Po chwili weszła na scenę, żeby zaśpiewać swoją piosenkę, której raczej nie znałem. Zaśpiewała ładnie, z gracją ale nie specjalnie porywająco.

Zaraz po niej wystąpił mniej więcej sześcioletni chłopiec. Trochę zacinał się ale rozbawił publiczność do łez ruchami swych bioder i dostał gromkie brawa. Nie czekałem na wyniki, bo w pobliżu odbywał się pokaz z końmi, który okazał się bardzo interesujący i wzruszający. Barwne widowisko opowiadające kawałek historii Kanady. Wieczorem pokaz sztucznych ogni. Obserwuję go z wieży - symbolu miasta Calgary. Mając w pamięci spektakularne widowiska w Nowym Jorku (co roku na Dzień Niepodległości) myślałem, że to tylko jakiś próbny etap przed właściwym pokazem, który jednak nigdy nie nastąpił. Rozczarowany miałem pretensje raczej do samego siebie, że się na tę następną wątpliwą atrakcję dałem skusić. W końcu uznałem, że jedyne co w Calgary warto było zobaczyć, to park Canadian Haritage, gdzie można było dowiedzieć się czegoś o historii Kanady i losach ludzi ten kraj zamieszkujących.

Rankiem następnego dnia jestem w trasie do właściwego celu mojej podróży, czyli do Canadian Rockies. Tony sprzętu ledwo mieszczą się w wynajętym nowiutkim samochodzie Ford Taurus (kombi). Maja nagle mówi z tyłu: My dady is the greatest artist on the Earth! Cóż za nobilitacja. Mówię do Mai: patrz na góry, które powoli zaczęły się majestatycznie wyłaniać zewsząd. Ona na to: Ti jesteś góra! Dopiero po opuszczeniu hotelu i wyruszeniu przed siebie poczułem, że jestem w podróży.

Przy wjeździe na kemping położony na terenie Parku Narodowego Banff pytam dwóch pracowników, w jakim języku mam rozmawiać z niedźwiedziem na wypadek gdyby pojawił się w okolicy: angielskim czy francuskim. Oni odpwiadają, że niedźwiedź jest "bilingual". Na znaku na kempingu widnieje napis: "You are in the bear country" i wszystko jasne, kto tu jest prawdziwym gospodarzem. Już drugiego dnia niezapowiedzianą wizytę złożył nam duży jeleń z okazałymi rogami. Spokojnie zajadał sobie trawę pomiędzy polami namiotowymi. Kemping polożony jest w pobliżu pięknego miasteczka Banff. Duży domek, jaki rozstawiliśmy nad stołem, z siatką od komarów, wyraźnie zwracał uwagę Kanadyjczyków, którzy robią wrażenie, że wszystko mają, ale czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Tuż obok, w odległości 3-4 kilometrów, znajdują się cztery jeziora malowniczo położone wśród gór, z ładnie rozłożonymi terenami piknik. Na szczytach gór widnieją tu i ówdzie pasma śniegu.

Poruszając się po parkach Canadian Rockies: Banff, Jasper, Yoho, Kootenay, Glacier często widać otwarte przestrzenie, pokryte lasami, droga prawie pusta. Lubię otwarte przestrzenie ograniczone jedynie widnokręgiem pasm górskich i wierzchołków iglastych drzew. Tam doświadczam fajnego uczucia bycia kierowcą. Gdy pojawi się samochód w odległości 200 metrów, to już jest tłok, chyba trochę tak jak w Norwegii.

Niezapomniane widoki z przemieszczającego się samochodu. Ściana pasm górskich zmieniająca się w zależności od pory dnia, oświetlenia i przede wszystkim od miejsca, z którego się je obserwuje. Przede mną Bow Glacier, największy lodowiec wysunięty na południe od Antarktyki. Z punktu widokowego Bow Summit (2085 m.) piękna panorama na jezioro Peyto Lake, doliny rozłożone poniżej i ciągnące się po obu stronach pasma gór skalistych. Kemping w Lake Louis bardzie ładnie położony. Zajeżdżam, a pracownica miłym głosem oznajmia, że nie można rozbijać się, ponieważ obowiązuje stan ostrzeżenia przed niedźwiedziem, który znajduje się w pobliżu.

Droga z Lake Louis do Jasper (230 km.) jest jedną z najpiękniejszych tras na świecie. Trzeba przeznaczyć na nią co najmniej cały dzień, ale wtedy i tak wszystkiego nie uda się zobaczyć! Obfituje ona w mnóstwo punktów widokowych z niezliczoną ilością jezior, wodospadów, malowniczych szlaków do przebycia, wreszcie lodowców po których można nawet chodzić.

Tuż przed miejscowością Jasper na trasie widać wyraźne poruszenie. Samochody zatrzymują się jeden za drugim. Po lewej stronie na lekkim wzniesieniu grasuje sobie wśród drzew czarny niedźwiedź. Udaję się na pobliski kemping, żeby ostrzec (co jest zalecane w przewodniku po parku) o bliskości niedzwiedzia. Okazało się, że już wiedzą o tym. Widzę jednak znak, że miejsc już nie mają i jest spora kolejka samochodów czekających. Zachodzę z boku recepcji, gdzie siedzi młoda dziewczana i ona mówi mi, że znajdzie dla mnie miejsce!

21 lipca, niedzielę spędzamy na plażach jezior Anette i Edith Lake, które opuszczamy dopiero o 8:40 PM a słońce jeszcze wysoko. Siadam na balkonie domu Franka Krause na ulicy Geike i obserwuję, jak dopiero o godzinie 11 wieczorem zapada całkowity zmierzch a księżyc wznosi się majestatycznie nad miasteczkiem i otaczjącymi je stokami gór. 22 lipca, błękitne niebo bez jednej chmurki.

Z łóżka w gościnnym domu Niemców patrzę na zalane słońcem szczyty gór. Kolibry przylatują do wiszących na balkonie szklanych karmników. Nawet ptak wydaje się być perfekcyjnie zgranym elementem w tym niemieckim domem gdzie wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku. Goszczę w sypialni gospodarzy. Zewsząd patrzą na mnie twarze rozstawionych portretów, rodzinnych zdjęć z różnych lat, dzięki którym mogę poprędce zanurzyć się w historię tej rodziny. Ogród wypieszczony do ostatniego szczegółu. Chyba wolę coś z tej prywatnej, kameralnej atmosfery, gdzie gospodarze witają gości czymś więcej niż tylko serdecznym uśmiechem. Oni oferują także swój czas, swoje życiowe doświadczenie. To tak, jakby bezpiecznie wskoczyć w środek czyjegoś domowego ogniska.

Jeziora Lake Medicine i Lake Maligne leżące w pobliżu miasteczka Jasper mają chyba lecznicze działanie nie tyle ze względu na swe nazwy, ale przede wszystkim na swe bajeczne położenie. Przychodzą mi takie myśli, że właściwie to nie chciałbym, aby ta fantastyczna przygoda z majestatyczną przyrodą skończyła się. Ucztę duchową uzupełniam lekturami. Patrzę na zdjęcie Jerzego Turowicza i widzę przede wszystkim w niej twarz poczciwego człowieka. Też zawsze chciałem być poczciwym człowiekiem... Wybrałem chyba jednak drogi bardziej wyboiste...

Wszędzie są ludzie dobrzy i źli, pod każdą szerokością geograficzną, w najładniejszych zakątkach ziemi. Wszędzie znajdą się ludzie, którym śpieszno do gwałtu, kłamstwa, którzy noc nazywają dniem i odwrotnie. Ludzie tacy tworzą własny język, własny krąg wartości dla nich samych.

Wieczne nienasycenie. Próbuję nasycić oczy tymi widokami, nacieszyć się nimi. Czasem (o paradoksie!), osiągam to zamykając oczy i kontemplując. Mam uczucie, że probuję zapamiętać każdy blask jeziora, zapisać w pamięci każdy wierzchołek góry. Zdążyć nacieszyć się tym, co oglądam codziennie, wspaniałym pięknem dostojnej natury, jej cudami. Tego samego dnia przeskakujemy z zimnych szczytów górskich i chłodnych jezior do gorących źródeł Miette Hotsprings - najgorętsze źródła w Kanadzie - 40 stopni Celsjusza. W trakcie pikniku przy jeziorze nagle przepływa blisko brzegu bóbr. Spotykam i poznaje ludzi z różnych zakątków świata, 24 lipca pierwszy raz widzę na trasie zakonnicę.

Wieczór nad jeziorem Peyte w Parku Narodowym Banff. W jednym miejscu, przy kempingu Waterfront, w ciągu jednej godziny wydarzył się cały spektakl na niebie. Od dramatycznego oświetlenia wierzchołków gór z jednym słupem światła (jakby niebo właśnie się otworzyło), po tym nagłe zaciemnienie, krótki deszcz, szybkie rozpogodzenie i pełna paleta kolorów nad dumnie wznoszącymi się wierzchołkami gór i ich lustrzanym odbiciem w tafli jeziora. Jeziora w Canadian Rockies mają wodę koloru lazurowego, chyba od lodowców, z których ona spływa po stokach górskich. Jedną z atrakcji Parku Yoho jest Spiral Tunnel. Wygląda to tak, że pociąg żeby zawrócić w górach wjeżdża w tunel wydrążony w stoku i po pewnym czasie wyjeżdża poniżej i trochę z boku na tym samym stoku. Całość składu jeszcze nie wjechała do tunelu podczas gdy lokomotywa już wyjeżdża z góry.

Jeżeli nie zajedzie się do tych miejsc, nie wysiądzie się z samochodu, nie pójdzie na szlak, nie dotknie, nie zobaczy, nie doświadczy się na własnej skórze to tak jakby nie widziało się, jakby oglądało się przez okienko telewizora.

Wyjazd z krainy gór. Trudno uwierzyć pędząc w powrotnej drodze do Calgary, że wszystko tak się urywa, że widoki otaczających zewsząd mnie gór przez dwa tygodnie stopniowo zanikają a ich miejsce zajmuje zwykła równina ...

Wspaniałym końcowym akcentem tej podróży była możliwość oglądania w telewizji kanadyjskiej w Calgary, w pełnym komforcie bardzo przyjemnego hotelu Marriott, spotkania Papieża z młodzieżą w Toronto. Nie widziałem jeszcze czegoś takiego, żeby dosłownie kilka słów schorowanego starca wywoływały taki aplauz zrozumienia i akceptacji wśród 600 tysięcy młodych ludzi z całego świata.

Bogdan Grodzki