Bogdan Grodzki

Home

Wiersze

Punkt widzenia

Myśli

Quotations

Notki

Teksty wybrane

Filmy

Contact

Dialog




 

PiS - Spieprzaj dziadu!

Senat Uniwersytetu Warszawskiego wydał oświadczenie ostrzegające przed zagrożeniami dla demokratycznego państwa prawnego, krytykując m.in. instrumentalne traktowanie prawa, zawłaszczanie instytucji publicznych przez rządzące partie, ideologizację stosunków społecznych i gospodarczych, ograniczanie niezależności mediów i kształt procesu lustracyjnego.

"Naród nie zasługuje na takie traktowanie, którego jesteśmy świadkami w ostatnich dniach. Chciałby z szacunkiem patrzeć na parlament i parlametarzystów, na polityków i sprawujących włądzę. Zostaliście wybrani przez naród, który was rozliczy z tego, czy spełniliście jego oczekwania, czy - przeciwnie - zawiedliście. Nie dopuście do tego, żeby naród musiał was odrzucić."
- Kard. Staniław Dziwisz 23 września w homilii na rynku w Piotrkowie Trybunaslkim

Opera za trzy grosze
Koalicja na trzy i pół roku przetrwała trzy i pół miesiąca

Polityka jest dziedziną dość relatywnych ocen i zmiennych układów - zgoda. Problem PiS-u polega jednak na tym, że każdy ostry wiraż Jarosław Kaczyński kwituje solennymi zapewnieniami, że obrana koncepcja jest jedyną możliwą, zbawienną dla Polski i że odtąd zacznie się spokojna praca dla poprawy stanu państwa i jakości życia obywateli. Mimo tych nieustannych meandrów Prawo i Sprawiedliwość trzymało się dotąd nieźle w sondażach, ale jest dość prawdopodobne, że nadchodzi - czy też może właśnie nadszedł - moment, w którym cierpliwość wyborców się skończy. Jak długo można redukować politykę do personalno-partyjnych roszad, które ponoć umożliwiają jakiś mityczny wielki przełom?

Prawnie i sprawiedliwie
Po wyroku w sprawie niekonstytucyjności uchwały o komisji bankowej

Po prostu w państwie prawa wydawanie pewnych aktów normatywnych jest niedopuszczalne; nie może też być w nim zgody na dowolność działań organów władzy publicznej. To istotna zasada, którą wszyscy politycy powinni się przejmować. Nie zawsze, co widać, chcą, ale powinni przynajmniej wiedzieć, że ona jest i że powinni się jej trzymać.

Miniony rok, od kiedy władzę w Polsce objęli kontynuatorzy - w ich własnym tylko mniemaniu - obozu piłsudczykowskiego i autentyczni spadkobiercy ONR, co spowodowało uwstecznienie całego życia publicznego, sprawił, że przesłanie polityczne i ideowe Giedroycia i Mieroszewskiego odzyskało niestety w całej pełni swą dawną celność i ostrość.
Z "Kulturą" w IV RP
Przesłanie Giedroycia i Mieroszewskiego - nieodrobiona lekcja demokracji

"Spieprzaj, dziadu!" albo "jest pan zerem" - słowa wypowiedziane przez Lecha Kaczyńskiego podczas spotkania wyborczego na warszawskiej Pradze w 2002 (przed 2. turą wyborów prezydenta miasta stołecznego Warszawy).
Pełna wersja wypowiedzi ówczesnego kandydata na prezydenta m st. Warszawy brzmiała: "Panie, spieprzaj Pan!
Spieprzaj, dziadu!" - Rzeczpospolitej 5 listopada 2002.

Lech Kaczyński ma wybiórcze podejście do rzeczywistości - jego "Spieprzaj, dziadu!" albo "jest pan zerem" - widocznie chętnie by puścił w niepamięć, ale jednocześnie jest bardzo wrażliwy na słowa skierowane pod jego adresem jak np. "kartofel" przez niemiecką gazetę - za które tak się obraził, że nie zawachał się narazić dobrych stosunków z Niemcami i nie pojachał na ważne spotkanie z Kanclerzem Niemiec.

Sami swoi - Michał Zieliński
Bardzo niedobrą polską tradycją stała się powyborcza wymiana kadr urzędniczych. Kiedy dotyczy to stanowisk choćby w minimalnym stopniu politycznych, można to usprawiedliwiać koniecznością realizacji programu wyborczego czy wizji politycznej rządzącej partii. Takiego uzasadnienia nie da się jednak odnieść do funkcji techno- i biurokratycznych. Tutaj zmiany kadrowe mają bardzo wyraźny posmak "skoku na kasę" i wynagradzania państwowymi posadami działaczy partyjnych.

PiS, który szedł do wyborów z hasłami "taniego państwa" administrowanego przez uczciwych fachowców, w upartyjnieniu posad prześcignął nawet SLD. Kolejnym tego przykładem jest odwołanie prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia Jerzego Millera. Wszyscy, łącznie z ministrem zdrowia Zbigniewem Religą, przyznają, że był bardzo dobrym zarządcą 40-miliardowego funduszu. To jednak nie wystarczyło. Nie był "nasz"! A rządzić (i dzielić publiczne pieniądze) muszą "sami swoi".

W sprawie zmian w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej - List polskich intelektualistow przeciw rozgrywkom politycznym w sferze kultury

 

Ślepe zaułki historii - Abp Józef Życiński
Gorzkie słowa o obcej mowie barbarzyńców, której nieznane są subtelności trybu warunkowego, pojawiały się w strofach Herberta zarówno w czasach stalinowskich, jak i w stanie wojennym. Nawet w najśmielszej wyobraźni nie sposób byłoby jednak przewidzieć, że jego oceny zachowają aktualność w realiach wolnej Polski.

to niebo mówi obcą mową
to barbarzyński okrzyk trwogi
którego nie zna twa łacina
Zbigniew Herbert, "Do Marka Aurelego"

Czym tłumaczyć to, że miłośnicy "obcej mowy" potrafią obecnie tropić zdrajców w środowiskach, które wcześniejsze pokolenia uważały za wzór duchowej niezłomności? Gdzie szukać korzeni radykalizmu, który pozwala ubliżać osobom prześladowanym za życia przez budowniczych PRL i posuwać arogancję do środków działania tak żenujących, jak propozycja pośmiertnego odbierania odznaczeń?

 

Jeszcze nowszy początek - Marcin Król
Na czym polega ten tajemniczy mechanizm, nazwany już masochizmem narodowym, który sprawia, że polscy politycy i publicyści chcą zniszczyć wszystkie autorytety i to wówczas, kiedy tak wiele uwagi poświęca się wykazaniu, że Polska jest duchowo potężna, a jej historia powinna być źródłem postaw prospołecznych?

Ponieważ nie ma na to jednej odpowiedzi, biorę pod uwagę kilka ewentualności sprawiających, że to nie Niemiec pluje nam w twarz, tylko my sami sobie.


Nie krzywdzić!
List członków Komitetu Helsińskiego w Polsce


Lepper idzie!
Zanim przewodniczący Samoobrony zostanie wicepremierem - (czyli spełnione proroctwa)

Co może łączyć Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Leppera? Chyba tylko (a może aż?) dwie sprawy: obaj generalnie negują, choć z nieco różnych powodów, to, co stało się w Polsce po 1989 r., i obaj wykazują skłonność do modelu państwa socjalno-paternalistycznego, silnego głównie siłą swych instytucji. Co może z tego wyniknąć dla zwykłych Polaków? W najlepszym razie: gospodarczo-modernizacyjny zastój na kilka lat.
Krzysztof Kozłowski, Wojciech Pięciak /2006-04-24

.

rys. M. Owczarek
"To diametralnie inne ujęcie rzeczywistości, to teatr życia społecznego, świat intryg, żądzy władzy i pieniędzy, bezwzględnej walki o wpływy. Ludzie pokazani są tutaj niemal jak stado zoologicznych okazów. Zaczyna się sceną groteskową: w pustym gmachu sejmu pies wlazł na krzesło marszałka i wyje przeraźliwie. Tytułowy bohater obłaskawia psa, a zyskawszy jego zaufanie - bezwzględnie tłucze wyciągniętym ze spodni paskiem. To obrazowy skrót politycznych metod bohatera. Później jeszcze raz poskramia psy, manifestując w ten sposób wrogom i zwolennikom własną siłę. On, prezes partii chłopskiej, doprowadza rząd do upadku i sam (...) legalnie - a jakże! - obejmuje władzę.

Jest on klasycznym chamem, który dochrapał się pozycji, nikt i nic się dla niego nie liczy poza nim samym; ulega złudzeniu, że od niego wszystko się zaczyna. (...) Władza jest dla niego wyłącznie grą sił, możliwością manipulowania ludźmi jak marionetkami. Nie ma żadnej koncepcji państwa, ideologii, wartości - chce jedynie władzy, niczego więcej. Być premierem, prezydentem - >to dobre jest<, jak powtarza. Aby zdobyć upragnioną pozycję, posługuje się prowokacją, szantażem, otwarcie kupuje swoich wrogów. W kluczowym momencie przesilenia parlamentarnego wyciąga gruby portfel, odpowiednik dzisiejszej teczki, w którym >ma haka< na każdego. Groźbą i szantażem zmusza do uległości.

Przyczyną jego sukcesów jest nie tylko jego siła, ale również słabość i kompletny rozkład politycznych elit. Główny jego oponent i zarazem późniejszy sojusznik pokazany jest jako zidiociały arystokrata wierzący w swoją szlachetność, misję dziejową i posłannictwo (...). To właśnie tacy zdegenerowani arystokraci, endeccy półinteligenci, skorumpowani socjaliści-posiadacze banków robią mu miejsce. A on sam dobrze wie, że w decydującej chwili ważniejszy dla nich okaże się własny hotel, bank, majątek ziemski niż dobro ojczyzny, o którym nikt tu nie myśli".


O kim mowa w tym nieco przydługim, ale jakże soczystym cytacie?

Nie, nie o Andrzeju Lepperze. Bohaterem tej recenzji (opublikowanej w teatralnym piśmie "Didaskalia" w 1999 r.) jest postać fikcyjna: Mateusz Bigda, tytułowa postać z międzywojennego dramatu politycznego Juliusza Kaden-Bandrowskiego "Bigda idzie!".

Granica przyzwoitości

Na razie rolę, jaką w latach 20. minionego wieku spełniali pisarze polityczni, wypełniają u nas lepiej czy gorzej media. W ostatnich dniach to one dokonują kolejnych wiwisekcji Andrzeja Leppera jako przyszłego wicepremiera. Dziwna to wiwisekcja, często ambiwalentna: Lepper raz trochę imponuje, bo niemal siłą wdziera się do rządu, to znów budzi strach, bo jednak, bądź co bądź, dotąd nie zdarzyło się, aby ktoś trzykrotnie skazany prawomocnymi wyrokami za przestępstwa z winy umyślnej (czyli ktoś, komu prawo zabrania dostępu do tajemnicy państwowej) miał współrządzić krajem.

Czy tak rzeczywiście będzie? Tego wciąż nie wiadomo i ciągle jest to wróżenie z fusów: próba interpretowania konglomeratu deklaracji i ich zaprzeczeń, niespodziewanych wyznań i nieustannego lawirowania. Zwłaszcza że połączone siły dwóch partii - tej odwołującej się do prawa i sprawiedliwości oraz tej polegającej na autorytarnej władzy swego przywódcy - nie dają parlamentarnej większości: 156 posłów PiS-u­ i 55 Samoobrony to dopiero 206 mandatów, gdy potrzeba ich 231.
Fałsz sytuacji wychwytujemy zazwyczaj już po kilku dniach czy tygodniach. Groźniejszy wydaje się fałsz przesłanek, na których opiera się polityczne rozumowanie obozu Jarosława Kaczyńskiego z wszystkimi jego "lepperowskimi" konsekwencjami. PiS i jego prezes głoszą nie od dziś tezę, że jeśli wygrywa się wybory (mniejsza, jaką względną większością), to znaczy, że wyborcy upoważnili zwycięzców do sprawowania władzy właściwie w sposób dowolny. Można więc walczyć ,,na noże" z dotychczasowymi partnerami politycznymi bądź bratać się z tymi, którymi jeszcze wczoraj pogardzaliśmy (co ciekawe, z sondaży wynika, że zdaniem większości ankietowanych Polaków tak daleko mandat wyborczy nie sięga).

Idąc takim tropem, PiS doszedł do wniosku, że Polskę zmieniać może, również moralnie (co oznacza: w sferze kultury i etyki politycznej), także Andrzej Lepper. Dokładniej: Lepper i jego ludzie, wierni i barwni.

Zaiste, czy nie ma już granic przyzwoitości? Czy nie istnieje już żadna, choćby niewielka granica przyzwoitości, której przekraczać się nie godzi? Czy jeżeli politycy przekroczą i tę, nie utwierdzą tym samym obywateli w przekonaniu, że właściwie wszystko można? Bo, w gruncie rzeczy, PiS mógłby teraz równie dobrze zawrzeć koalicję z SLD. W czym gorszy jest Wojciech Olejniczak i jego partia od Andrzeja Leppera, byłego działacza PZPR i szefa Samoobrony, o której jeszcze niedawno lider PiS-u mówił, że ma dowody, iż za jej powstaniem stały także dawne esbeckie sitwy?

Koniec idei IV RP

Być może Jarosław Kaczyński - skoncentrowany na szukaniu tych brakujących 25 głosów do większościowej koalicji - nie zauważa tego, że zapraszając do rządzenia politycznego i etycznego nihilistę, stawia pod znakiem zapytania całą ideową legitymizację projektu "IV Rzeczypospolitej". Bo czy rozliczać postkomunistów i ścigać ludzi skorumpowanych ma - także - wicepremier Lepper, były członek PZPR, człowiek skonfliktowany z prawem, wobec którego formułowane są (przez jego dawnych kolegów z Samoobrony) zarzuty o korupcję polityczną?

Jarosław Kaczyński odpowiada na to rytualnie, że ,,nie miał wyboru" i do sojuszu takiego został zmuszony przez Platformę Obywatelską.

Czy słowa takie nie są ucieczką przed odpowiedzialnością? Czy lider PiS-u, który obiecywał moralną sanację, nie zauważa, że za nasze postępowanie odpowiedzialność ponosimy my sami, a nie nasi przeciwnicy? I że zawsze jest jakiś wybór, przyjęcie zaś optyki determinizmu politycznego (,,nie miałem wyboru") zakrawa na cynizm kamuflowany pragmatyzmem.

Przypomnijmy, że nie kto inny, ale Wojciech Jaruzelski całą swą obronę opiera na powtarzaniu: "Byłem zmuszony wybrać mniejsze zło". I przypomnijmy, że nie wolno, nawet będąc politykiem, czynić świadomie zła, nawet tego ,,mniejszego". Co odnosi się także do takich polityków, jak Józef Piłsudski, którego majowy zamach stanu w 1926 r. tak głęboko podzielił kiedyś Polaków na dwa wrogie obozy.

Oczywiście, te sytuacje historycznie są nieporównywalne. Ale pewien sposób myślenia politycznego i usprawiedliwiania swoich poczynań niestety się powtarza. Nie, obecny (ciężki) kryzys polskiej polityki raczej nie powinien przerodzić się w dramat - choć ciarki przechodzą po plecach, gdy, wyłączywszy wieczorne wiadomości z Polski z Lepperem w centrum uwagi, sięgnie się po polityczną biografię Aleksandra Łukaszenki [patrz "TP" z 19 marca br. - red.].

Tak czy inaczej, Polska z Lepperem w roli wicepremiera straci nie tylko czas, ale także szansę na gospodarczą i społeczną modernizację, którą daje obecność w Unii Europejskiej. Stracić może także PiS, brnąc w coraz większe dialektyczne sprzeczności. Jak można, będąc Jarosławem Kaczyńskim, przywiązywać tak wielką wagę do stanowiska prezydenta RP i równocześnie prawie uniemożliwiać Lechowi Kaczyńskiemu, aby zaistniał jako prezydent? Jak można chwalić się premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem i jego ministrami - tak dalece, że nie dopuszcza się myśli o jego dymisji - a równocześnie z zimną krwią planować psucie tego rządu, będącego, jakby nie było, jednym z nielicznych dziś atutów PiS-u?

Za wszystko zapłaci rząd

Bo to Kazimierz Marcinkiewicz - człowiek niedawno nieznany, który już-już otarł się o szansę bycia politykiem z prawdziwego zdarzenia (a nie tylko z przemijającego sondażu) - ma teraz płacić dorobkiem swego półrocza polityczny haracz na rzecz układu, który jest mu obcy.

Bo zmierzamy do nowego układu. Nie, nie osławionego ,,czworoboku" (mafijno--biznesowo-polityczno-specsłużbowego), o którym tyle mówili politycy PiS, a który jest do tego stopnia groźny, że nie do wytropienia mimo półrocznych już wysiłków. Układ nowy i realny - to taki układ graczy politycznych, który prędzej czy później wymyje z rządu to, co wartościowe. Chodzi nie tylko o sferę gospodarczą (gdzie pozytywną "twarzą" rządu jest Zyta Gilowska), ale także o zagraniczną, która od 1 maja 2004 r. przekłada się bezpośrednio na politykę krajową.

Jeżeli zatem odejdzie z rządu minister spraw zagranicznych Stefan Meller, to zastąpić go może jedynie minister Radek Sikorski (innych polityków, którzy mogą być kimś więcej niż tylko "administratorami" spraw zagranicznych, a nie kreatorami nowych idei - nie widać). Ale Sikorskiego nie będzie miał kto zastąpić w ministerstwie obrony. Jeśli proces ten dotknie również resorty gospodarcze (do oddania Samoobronie czy komuś innemu są podobno ministerstwa rolnictwa, gospodarki, transportu i pracy), to do jesieni wzbierze fala niechęci i zawodu także na wsi. Także w Prawie i Sprawiedliwości. Bo np. mechanizm dopłat unijnych, uruchomiony przez ministra rolnictwa Olejniczaka (SLD), został w tym roku popsuty przez ministra Krzysztofa Jurgiela. A co będzie za rządów ministra Leppera? Zresztą, gdy zacznie być źle, koalicjanci PiS-u i tak uciekną z pokładu, demagogicznie rozdymając przedtem projekt wydatków budżetowych na 2007 r.

Na razie jest rok 2006 - i jesienne wybory samorządowe. Do jesieni Samoobrona może porządzić spokojnie, aby jak najwięcej zyskać w wyborach samorządowych. A potem? Potem można stworzyć w Sejmie front ,,kto żyw przeciw PiS", obalić konstytucyjnie rząd, powołując za zgodą PO i SLD nowy, z kimś w rodzaju Belki jako premierem, uspokoić przez pół roku sytuację, a potem rozpisać nowe wybory parlamentarne. A Jarosław Kaczyński, jak niegdyś premier Jan Olszewski, powie: ,,Chciałem dobrze, miałem świetny plan, ale mi nie dali" - i schroni się, by odbudowywać swą pozycję, pod skrzydła Pałacu Prezydenckiego.

Oczywiście, to tylko jeden z możliwych scenariuszy.

A jeśli jednak nie dojdzie do rządów Samoobrony i PiS? Wówczas powinno się usilnie namawiać Platformę, aby przynajmniej ona pierwsza zakopała topór wojenny i wsparła wszystko, co rozsądne w programie i w rządzie PiS-u. Może to nadal opcja nierealna, ale niewątpliwie jedyna sensowna. To banalne, ale wygra ostatecznie ten, kto potrafi nie tyle walczyć, co zrobić coś dobrego dla tego kraju.

Bigda idzie!

Kaden-Bandrowski, dziś zapomniany, w okresie międzywojennym był jednym z najpoczytniejszych powieściopisarzy, głównie dzięki książkom społeczno-politycznym o Polsce, pisanym sercem i goryczą, które ściągały na jego głowę ataki i prawicy, i lewicy. Ten zagorzały piłsudczyk - był

adiutantem Piłsudskiego i publicystycznym "rzecznikiem" obozu legionowego - tak pisał w 1944 r., na kilka miesięcy przed śmiercią (zginie w Powstaniu Warszawskim) w liście do brata o Polsce międzywojennej: "Gdy słucham o tzw. demokracji parlamentarnej, rzygać mi się chce". Obrzydzenie wywoływało w nim wspomnienie międzywojennych polityków podobnych do fikcyjnego Mateusza Bigdy.

Ta Polska, która niepodległość odzyskała w 1989 r., nie doczekała się jeszcze swojego Kadena-Bandrowskiego, który literacko sportretowałby nasze aktualne życie polityczne.

Ale, najwyraźniej, wszystko jeszcze przed nami.