Bogdan Grodzki

Home

Wiersze

Punkt widzenia

Myśli

Quotations

Notki

Teksty wybrane

Filmy

Contact

Dialog




 
Trup w szafie
O wpływie historii na stosunki polsko-rosyjskie
Z Moskwy ostatnimi czasy coraz częściej dochodzą głosy, że poprzez swe nadmierne przywiązanie do kwestii historycznych, swoiste zapatrzenie w przeszłość, Polska blokuje sobie możliwość rozwoju stosunków z Rosją. Czy to prawda?
Leszek Szerepka /2006-07-04
Pomnik wyzwolenia Kremla od

Pomnik wyzwolenia Kremla od "polskich interwentów": dziś rocznica tamtych wydarzeń jest świętem narodowym.
Patrząc na ostatnie miesiące, w takim duchu wypowiadał się m.in. podczas styczniowej konferencji dla dziennikarzy zagranicznych prezydent Władimir Putin, który stwierdził, że dla dobra obywateli należy patrzeć w przyszłość, budować stosunki zwrócone ku przyszłości. Kilka razy nawiązywał do tych kwestii doradca prezydenta Rosji Siergiej Jastrzembski, m.in. podczas swojej lutowej wizyty w Warszawie. W czasie II Forum Europa-Rosja w Wilnie (w marcu) Jastrzembski stwierdził wręcz, że przeszłość historyczna jest hamulcem i kulą u nogi w rozwoju stosunków polsko-rosyjskich. Jego zdaniem historię należy zostawić ekspertom i unikać rozdrapywania ran.

Wydawać by się mogło, że te propozycje polityków rosyjskich wychodzą naprzeciw postulatom strony polskiej, która od lat domaga się, by wydarzenia historyczne zostawić bezstronnej ocenie historyków, pomagając im m.in. przez szerokie otwarcie archiwów. Jednak gdy uważnie przeanalizujemy propozycje strony rosyjskiej - biorąc pod uwagę także praktykę w tym zakresie (m.in. sławetne obchody 60. rocznicy zakończenia II wojny światowej) - to okaże się, że ich istota jest zupełnie inna od polskich oczekiwań. Moskwa niedwuznacznie sugeruje władzom w Warszawie, że dla dobra stosunków dwustronnych powinny one wyciszyć dyskusję nad niewygodnymi dla Rosjan wydarzeniami z przeszłości i skoncentrować się na pozytywach.

Taka polityka była już kiedyś prowadzona - w czasach PRL - i nie wydaje się, aby była ona możliwa w nowych realiach politycznych. W ustroju demokratycznym obywatele mają pełne prawo domagać się od władz wyjaśnienia bolesnych spraw z przeszłości, w duchu prawdy i sprawiedliwości.

Władze Rosji sprawiają też wrażenie, jakby do końca nie rozumiały różnicy między historią a wydarzeniami z przeszłości, które niosą określone skutki prawne. W Polsce żyje cała rzesza ludzi, którzy stali się ofiarami, bądź których najbliżsi krewni ucierpieli w wyniku represyjnej polityki ZSRR. Ludzie ci domagają się sprawiedliwości, nazwania rzeczy po imieniu - i to szczególnie irytuje władze rosyjskie. Zachowują się one tak, jakby zabiegając w swoim czasie o status prawnego sukcesora ZSRR nie wzięły pod uwagę, iż przejmą nie tylko aktywa, ale i pasywa zrujnowanego imperium.

***

Historia stosunków polsko-rosyjskich pełna była konfliktów i krwawych wydarzeń. Tego nie da się wyretuszować. I tak się składało na przestrzeni kilkuset ostatnich lat, że Rosjanie grali zwykle w tych wydarzeniach rolę katów, a obywatele RP - ofiar. Żadna z tych ról nie jest szczególnie zaszczytna, jednak w kulturze europejskiej, przesiąkniętej wartościami chrześcijańskimi, to kat zwykle szuka moralnego usprawiedliwienia dla swych czynów. Dla Rosjan takim usprawiedliwieniem były i są wydarzenia z okresu tzw. "wielkiej smuty", przełomu XVI i XVII w. Rzadko która rozmowa o wspólnej trudnej przeszłości między Polakami i Rosjanami nie nawiązuje do tych zdarzeń.

W rzeczywistości "wielka smuta" była wojną domową o przejęcie władzy w państwie zrujnowanym i zdemoralizowanym rządami cara Iwana IV Groźnego. W wojnę tę nieopatrznie włączyli się król Rzeczypospolitej i jej magnateria, przystosowując się do obowiązujących na wschodzie reguł gry. W konsekwencji historiografia rosyjska starała się eksponować przede wszystkim wątek tzw. katolickiej krucjaty, prowadzonej przez Polaków, której celem miało być zniszczenie ostatniego silnego centrum prawosławia na świecie. W tej interpretacji kolejne wojny agresywne przeciw Rzeczypospolitej były tylko odwetem, a zdobywane terytoria - odzyskiwaną przez cara prawosławną sukcesją.

Jest paradoksem, że państwo, które powstało w wyniku podbojów i przez wieki było symbolem "więzienia narodów", próbowało oskarżać o te przewiny Rzeczypospolitą, której obywatele, bez względu na narodowość i wyznawaną wiarę, mogli odwoływać się do idei "złotej wolności". O sile mitu świadczy fakt, że władze Rosji zdecydowały się w 2004 r. zastąpić świętowanie rocznicy rewolucji październikowej nowym świętem: Dniem Jedności Narodowej, ustanowionym na pamiątkę oswobodzenia Moskwy od polskich interwentów w 1612 r.

Poszukiwanie usprawiedliwienia dla swoich czynów jest zjawiskiem powszechnym i uwarunkowanym naszą psychiką. Jednak o dojrzałości i odpowiedzialności partnera świadczy to, czy potrafi się przyznać do własnych błędów i ponieść ich konsekwencje. Rosja, na poziomie państwowym, ma z tym problem. Wszelkimi środkami stara się bronić wygodnych dla siebie interpretacji. Prawda, sprawiedliwość, życie ludzkie traktowane są w tym kontekście instrumentalnie.

Aby się o tym przekonać, wystarczy zaprezentować dominujący w rosyjskiej historiografii pogląd na węzłowe problemy naszych wzajemnych stosunków w XX wieku.

Wojna polsko-bolszewicka: zdaniem strony rosyjskiej do wojny 1919-1920 r. doprowadziła agresywna i zaborcza polityka burżuazyjnego rządu polskiego, który z jednej strony chciał zagarnąć jak najwięcej ziem na Wschodzie, a z drugiej zasłużyć na uznanie kontrrewolucyjnych sił na Zachodzie Europy.

O imperatywie rewolucjonisty - eksporcie ideałów rewolucji i odmawianiu innym ustrojom społecznym prawa do istnienia - jakoś rzadziej się wspomina w tym kontekście.

II wojna światowa: Rosja nie chce przyznać się do współodpowiedzialności za rozpętanie tej wojny. Wspólny z III Rzeszą napad na Polskę jest interpretowany jako przejaw troski władz moskiewskich o bezpieczeństwo ludności zamieszkującej wschodnie obszary państwa polskiego. Tej ludności, która niemal natychmiast zaczęła być masowo represjonowana przez nowe władze. Mające w tym okresie miejsce takie fakty, jak aneksja trzech państw bałtyckich i Besarabii oraz agresja na Finlandię, to także przejawy pokojowej polityki Stalina.

W tym kontekście najbardziej szczery wydaje się ówczesny komisarz spraw zagranicznych ZSRR Wiaczesław Mołotow, który nazwał wymazanie Polski z mapy świata "końcem pokracznego bękarta Traktatu Wersalskiego".

Katyń: Moskwa tak długo, jak tylko mogła, negowała odpowiedzialność za zbrodnię ludobójstwa, jaką było wymordowanie na rozkaz władz państwa kilkudziesięciu tysięcy polskich jeńców, głównie oficerów rezerwy, czego symbolem stał się Katyń. Władze ZSRR były na tyle cyniczne, że wykorzystały fakt ujawnienia przez Niemców tej zbrodni do zerwania w 1943 r. stosunków dyplomatycznych z legalnym rządem polskim (wtedy w Londynie). Gdy samego faktu morderstwa nie można było już negować (choć wciąż pojawiają się takie opinie), strona rosyjska zaczęła szukać jego "równoważnika": uznano za taki los jeńców bolszewickich z 1920 r., których kilka tysięcy zmarło w polskich obozach na skutek chorób (m.in. szalejącej wówczas w Europie hiszpanki).

O cynizmie autorów tego projektu świadczy m.in. to, że mało interesują ich losy żołnierzy polskich z tego okresu, których Armia Czerwona rzadko brała do niewoli, preferując rozstrzeliwanie na miejscu. Jakoś nie znajdują oni także słów potępienia dla Stalina, który odmówił podpisana konwencji genewskiej z 1929 r. o statusie jeńców wojennych, czym pośrednio przyczynił się do gehenny swoich żołnierzy, którzy dostali się w ręce Wehrmachtu. Nie interesuje ich także los tych jeńców po tzw. wyzwoleniu.

Obóz socjalistyczny: strona rosyjska neguje fakt okupacji przez jej wojska, po II wojnie światowej, znacznej części Europy Środkowo-Wschodniej. Jej wizja brzmi: wojska radzieckie wyzwalały te tereny, gwałtów i rabunków nie było, tzw. obóz socjalistyczny powstał spontanicznie, jako przejaw demokracji ludowej, a bazy radzieckie były tylko gwarancją, że odradzający się rewanżyzm niemiecki nie podniesie znów głowy. Na szczęście żyje jeszcze dostatecznie dużo osób, które pamiętają, jak było w rzeczywistości.

Można by abstrahować od wyżej przytoczonych opinii, jeżeli należałyby one jedynie do arsenału radzieckiej propagandy. Ale tak nie jest. Podobne interpretacje można spotkać w niektórych podręcznikach do historii, z których obecnie uczą się rosyjskie dzieci.

***

Trudna, krwawa przeszłość nie musi skazywać państw na wieczną wrogość. Historię zawsze można traktować jako nauczycielkę życia, a to, co się wydarzyło, jako przestrogę i fundament pojednania. Aby do tego doszło, musi być jednak dobra wola po obu stronach, chęć ujawnienia prawdy i naprawienia krzywd tam, gdzie jest to jeszcze możliwe. Po stronie państwa rosyjskiego nie widać tej dobrej woli. Rosja ma skłonność do narzucania mniejszym państwom swoich reguł gry, zmienianych w zależności od kaprysu. Dotyczy to polityki, gospodarki, ale także stosunku do historii.

Do tego, po rozpadzie ZSRR nowa państwowość rosyjska nie dokonała rzetelnego rozliczenia się z własną historią. Obywatele Federacji Rosyjskiej są podatni na instrumentalne wykorzystywanie historii, co nagminnie praktykował reżim totalitarny. Ich znajomość przeszłości własnego państwa jest płytka i chaotyczna, utrwalane jest w niej przede wszystkim to, co jest wygodne dla rządzących.

Polsko-rosyjskie rozmowy o historii mają jeszcze kilka dodatkowych podtekstów, które utrudniają osiągnięcie porozumienia. Jest to m.in. wspomniany wyżej podział ról: kat - ofiara; kwestie wyznaniowe ("przedmurze katolicyzmu" kontra "Trzeci Rzym") czy rywalizacja o prymat wśród Słowian. Dominantą w historii obu państw były odmienne wartości. O ile w historii Polski za taką wartość można uznać ideę wolności, nie tylko naszej, ale i waszej, o tyle w historii Rosji naczelną ideą jest silne państwo dominujące nad poddanym.

Obecne władze Rosji kontynuują te tradycje, wybierając z przeszłości i stawiając na piedestał to, co świadczyło o potędze państwa i służyło umacnianiu tej potęgi. Takie podejście do historii może być niebezpieczne zarówno dla samej Rosji, jak i jej sąsiadów, i raczej oddala niż przybliża moment pojednania.


***

Trawestując cytowaną wypowiedź Putina należałoby stwierdzić, że budować stosunki zwrócone ku przyszłości można jedynie na prawdzie i pojednaniu, a to nie jest możliwe bez woli wyjaśnienia wszystkich bolesnych spraw z naszej wspólnej przeszłości. Nawet jeżeli dla doraźnych korzyści politycznych zdecydujemy się zapomnieć o części naszej spuścizny, to możemy być pewni, że w najmniej spodziewanym momencie wypadną poukrywane w różnych szafach trupy, psując atmosferę i podważając wzajemne zaufanie.

W stosunkach z Rosją co najmniej z dwóch praktycznych, a zarazem pryncypialnych powodów należy odważnie i zdecydowanie bronić prawdy historycznej. Po pierwsze: stosunek do przeszłości jest "papierkiem lakmusowym", przy pomocy którego najłatwiej wyjawić prawdziwe intencje polityczne władz tego państwa. Po drugie: bez przewartościowania stosunku do własnej historii Rosja nie będzie w stanie zbudować społeczeństwa obywatelskiego.

Trudno oczekiwać, że obecne władze w Moskwie przyłożą rękę do podcinania gałęzi, na której siedzą. Dlatego dyskusje tego typu powinni inicjować sąsiedzi Rosji, wykorzystując wszelkie możliwe sposoby na propagowanie tam własnej wizji przeszłości. To najlepszy sposób, by uniknąć recydywy przeszłości.

Tygodnik Powszechny