Bogdan Grodzki

Home

Wiersze

Punkt widzenia

Myśli

Quotations

Notki

Teksty wybrane

Filmy

Contact

Dialog




 
Prorok
Ks. Jan Zieja (1897-1991): świadek wieku XX
Kiedy powstaje Komitet Obrony Robotników, ks. Zieja bez wahania składa podpis pod jego deklaracją. SB wzywa go na przesłuchanie. Ksiądz przychodzi i zaczyna ewangelizować funkcjonariuszy. Więcej go nie wezwą.
Małgorzata Nocuń, Andrzej Brzeziecki /2007-01-25
Ks. Jan Zieja

Ks. Jan Zieja

Jest rok 1901 albo 1902 (tego już chyba nikt nie sprawdzi). Ks. Antoni Aksamitowski chodzi po kolędzie w opoczyńskiej wsi Osse. Zachodzi do domu Kazimiercoków; tak wołano na rodzinę Ziejów. Podczas rozmowy wskazuje na kilkuletniego Jasia i mówi do gospodyni: "Ziejino, to dziecko trzeba uczyć na księdza". Chłopak pasie więc krowy, ucząc się z kupionego na targu elementarza. Ojciec, Michał Zieja, nie jest zachwycony. Sam nie umie czytać i mawia, że "to nie nasza gospodarka, uczyć się". Ale na łożu śmierci powie: "To już uczcie tego chłopca".

***

Jan Zieja ma 18 lat. Jedzie do Sandomierza, chce wstąpić do seminarium. Mija budynek z biało-czerwoną flagą i napisem: "Werbunek do Legionów Polskich". Na Zieję woła ułan: "Kawalerze, może do nas?". Chwila wahania. Janek popiera przecież ideę Legionów całym sercem. Pokazuje jednak na budynek seminarium. Już wybrał. Legionista krzyczy za nim: "Szczęść ci Boże!".

Rok 1920. Wojna polsko-bolszewicka. Wyświęcony na księdza Jan Zieja zgłasza się na kapelana. W pamięć zapadnie mu szczególnie jedna bitwa, w Brzostowicy za Puszczą Białowieską: gdy strzały cichną, idzie na pobojowisko. Ranni Polacy, Rosjanie, ziemia zasłana trupami. W księdzu następuje przemiana. Po latach powie, że tam, na tym polu, ostatecznie się nawrócił. Zrozumiał, że przykazanie "Nie zabijaj" znaczy "Nie zabijaj nigdy i nikogo".

Tak został pacyfistą, na całe życie.

Pod koniec wojny na pogrzebie poległych powie: "Przez tyle wieków wychowywano nas w duchu Ewangelii, teraz chwyciliśmy za broń, bo nas napadnięto, ale żołnierz polski wziął do ręki karabin po to, aby już go nie brać". Od dowódcy pułku usłyszy: "Księże kapelanie, myślałem, czy nie aresztować księdza za to kazanie. Mówiąc, że broń nie będzie potrzebna, osłabia się ramię żołnierza".

***

Warszawa, rok 1926. W stolicy marszałek Piłsudski dokonuje zamachu stanu. Bratobójcze walki, polegli. Ksiądz chce zamanifestować swoje pacyfistyczne poglądy. Granice, wojny, państwa są - jego zdaniem - przeciwko woli Bożej. Najważniejszy jest pokój i miłość. Postanawia odbyć pielgrzymkę do Rzymu: na piechotę, bez paszportu, pieniędzy. Jak żebrak. Słowa "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus" mają być jedyną przepustką.

Dociera do Wiednia. Dalsza wędrówka nie jest możliwa. Z wiedeńskiej parafii, gdzie nocuje, telefonują do Polski. Alarmują o dziwnym przybyszu, który bez paszportu idzie do Włoch. Kilka dni później polska ambasada wręcza pielgrzymowi tymczasowy paszport. Z adnotacją: "Tylko na powrót do kraju".

Wraca - i zastanawia się, jak realizować ideał ubóstwa i miłości bliźniego. Zaczyna nowicjat u kapucynów w Nowym Mieście nad Pilicą. Pewnego dnia wchodzi do kuchni. Z garnka zdejmuje pokrywę. W środku szarawa, nieprzyjemnie pachnąca woda, w niej trochę kaszy. Pyta: "Co to?". Słyszy, że zupa dla ubogich. Tymczasem zakonnicy codziennie dostawali na obiad pokaźną sztukę mięsa. "To nie moje miejsce" - myśli i opuszcza kapucynów.

Trafia do Mołodowy na Polesiu. Żyją tu Ukraińcy, Białorusini i Polacy. Wybiera się na spacer, spotyka chłopa. "Czego byście chcieli?" - pyta. "My to chcielibyśmy się uczyć" - odpowiada chłop. Wkrótce w jednej z chat zbierają się mężczyźni i kobiety. Ksiądz w roli nauczyciela. Zaczyna wykładać im matematykę, języki, logikę. Zastanawia się, co robić z katechezą. "Jesteście prawosławni, jest tu batiuszka, poproście, by was uczył" - mówi. Uczniowie wracają od batiuszki i proszą, by Zieja uczył ich religii, bo pop chce pieniędzy.

Na katechezie rozmawiają więc nie o katolicyzmie czy prawosławiu, tylko o chrześcijaństwie. Ksiądz czyta im Ewangelię po polsku i rosyjsku. W niedziele odprawia Mszę w oddalonym o parę kilometrów Motolu. Jest tam Dom Ludowy, w którym nic się nie dzieje. Gdy ksiądz zaczyna w nim czytać Ewangelię, przychodzą prawosławni, Żydzi; z czasem - na ich prośbę - uczy ich logiki.

Warszawa, rok 1933 (może 1934?). Ksiądz słucha wykładów prof. Majera Bałabana z historii Żydów polskich. Przyjaźni się z jednym Żydem z Nalewek. Gdy ten wyjeżdża do Palestyny, Zieja z przyjaciółmi odprowadza go na dworzec. Śpiewają pieśni żydowskie, tańczą. Jakiś podróżny, widząc człowieka w sutannie tańczącego z Żydami, ostrzega: "Proszę księdza, to Żydzi!". Zieja: "Tak, to moi koledzy z judaistyki". Podróżny ucieka przerażony.

Zofia Morawska (związana z Laskami od 1930 r.): - Przed wojną przychodził do naszego warszawskiego biura przy ulicy Wolność. Mieszkał wtedy w Warszawie. Miał tam pokój, do którego sprowadził jakiegoś biednego Żyda. Z ulicy czy skądś.

***

Rok 1939. Zakład dla Ociemniałych w Laskach. Ksiądz pracuje tu jako kapelan. Morawskiej utkwiła w pamięci także jego matka. - Piękna kobieta, prawdziwa gospodyni - mówi. - Chodziła w opoczyńskim stroju. Każdy czuł do niej szacunek.

Wrzesień. Ksiądz znowu na froncie. W jego dywizji jest wielu prawosławnych. Jest ich duszpasterzem, udziela Komunii. Już w niewoli, codziennie odprawia dla jeńców Mszę. Śpiewają "Boże, coś Polskę". Kiedyś przychodzą Niemcy. Chcą, by odprawił i dla nich, bo nie mają swojego kapelana. Zieja się godzi. Pisze po niemiecku kazanie; chce powiedzieć, że "żyjemy i umieramy dla jednego: żeby miłość ludzi złączyła". Ale Niemcy poprosili o nabożeństwo bez kazania.

***

Okupacja. Majątek rodziny Przewłockich pod Siedlcami. Elżbieta Przewłocka uczy się na tajnych kompletach. Dom służy wielu za schronienie. Pewnego dnia ojciec przywozi wysokiego, chudego księdza i mówi do zgromadzonej w majątku młodzieży: "Skorzystajcie z jego pobytu, ile możecie". Chodzą więc za nim i ciągle pytają. Np. o konflikt pokoleń. Zieja siedzi na ściętej lipie i tłumaczy: "Jak świat światem, młodzi mają problemy z dorosłymi. Ale bądźcie cierpliwi, kiedyś wszystko zrozumiecie".

Elżbieta Cielecka (z domu Przewłocka): - Był szalenie prosty w tych kontaktach z nami, jeszcze pół-dziećmi. Bardzo go kochaliśmy.

Po wojnie Cielecka spowiada się u Zieji. Jest przekonana, że ma na sumieniu wiele grzechów. Mówi mu, że już nie wie, co ze sobą zrobić. Ksiądz odpowiada: "Nieważne, jak się upada. Ważne, jak się podnosi. Podnoś się!".

***

Zostaje kapelanem "Szarych Szeregów" - podziemnego harcerstwa. Nie zna ich imion. Powie potem: "Przychodzili ze swoimi sprawami, z Bogiem, a ja im towarzyszyłem na tyle, na ile potrzebowali tego, o czym mówiłem. Wśród tych żołnierzy spotykałem wielu takich, którzy żyli w męce. Nie wiedzieli jak wybrać, ale wybierali walkę" .

Jest też kapelanem Komendy Głównej AK. Współpracuje z Radą Pomocy Żydów "Żegota". W wywiadzie-rzece z Władysławem Bartoszewskim tak zostaje utrwalone spotkanie z nim w czasie wojny. "Bóg chciał, żebyś przeżył, po co, jak myślisz? - mówił. - Nie po to, żebyś się nad sobą litował, ale po to, żebyś był świadkiem prawdy. Żebyś wiedząc, że istnieje tak straszne zło, upewnił się, że musi istnieć dobro. Są wokół nas ludzie nieszczęśliwi, cierpiący. Trzeba im pomóc! (...) Rozejrzyj się wokoło. Czy wiesz, co się dzieje w getcie?".

Po wojnie ksiądz trafia do Słupska. Pracuje w domu samotnych matek.

***

Kaczyn, Góry Świętokrzyskie, 1948 r. W letnim domku biskupa Czesława Kaczmarka spotkanie środowisk "Tygodnika Powszechnego" i "Tygodnika Warszawskiego" (wkrótce ten drugi zostanie zlikwidowany, a redaktorzy trafią do więzień). Dyskutują o kulturze chrześcijańskiej w obliczu współczesności. Wśród wykładowców Stefan Swieżawski, Antoni Gołubiew, Jerzy Turowicz, Jerzy Zawieyski, Stanisław Stomma; wśród słuchaczy adepci dziennikarstwa i humanistyki z Warszawy, Łodzi, KUL, Krakowa. W Kaczynie jest też ks. Zieja, co dzień odprawia Mszę. Józefa Hennelowa (wtedy jeszcze Golmont): - Jego duchowość była dla mnie kontynuacją najlepszego nurtu duszpasterstwa wojennego, z jakim stykałam się w Wilnie. To były rekolekcje, nie moralistyka czy pouczanie.

Rok 1953. "Tygodnik Powszechny" walczy o przetrwanie po odmowie publikacji panegiryku na śmierć Stalina. Do negocjacji z władzą delegowany zostaje Gołubiew. W drodze do Warszawy na spotkania z sekretarzem KC PZPR Franciszkiem Mazurem towarzyszy mu często żona i przyjaciele z redakcji. Zatrzymują się w kościele Wizytek. Ks. Zieja przyjmuje ich. Wreszcie Gołubiew idzie na ostateczną rozmowę. W kościele zostają jego żona Janina, Józefa Golmont i Jacek Woźniakowski.

Józefa Hennelowa: - Towarzyszył nam wtedy i podtrzymywał na duchu. Bez niego byśmy tego napięcia nie wytrzymali. Przecież rozmowa Tola mogła się skończyć albo jego aresztem, albo załamaniem.

Gołubiew wraca ze słowami: "Rozbiłem >Tygodnik<". Nie ma pisma, ale nie ma też hańby.

***

W 1953 r. władze aresztują Prymasa Wyszyńskiego. Ks. Zieja wygłasza kazanie, które przechodzi do historii. Stwierdza, że "Prymasa opuścili wszyscy. Pozostał tylko Niemiec i pies". Niemcem był wikariusz apostolski Olsztyna, autochton ks. Albert Zink (jako jedyny nie podpisał deklaracji biskupów, w której wyrażali lojalność wobec władz PRL). A pies "Baca" rzucił się na pułkownika bezpieki, który przyszedł aresztować Prymasa.

Rok 1963 (prawdopodobnie). Zieja, chory i w łóżku, słucha BBC. Dowiaduje się o wydanej pośmiertnie książce zmarłego tragicznie w 1961 r. sekretarza ONZ Daga Hammarskjoelda "Drogowskazy". Czyta książkę. Zafascynowany, postanawia ją wydać po polsku. Nikt nie podejmuje się tłumaczenia, więc uczy się szwedzkiego tylko po to, by przełożyć "Drogowskazy". W 1967 r. książkę wydaje "Znak".

***

Rok 1976 r. Powstaje Komitet Obrony Robotników. Przychodzą do Zieji: "Tworzy się taki komitet, może ksiądz chce należeć?". Zgadza się. Gdy w 1976 r. SB zatrzymuje go i przesłuchuje, zaczyna ewangelizować esbeków. Więcej nie trafi już na przesłuchanie.

Rok 1977. Na zebraniu KOR Zofia i Zbigniew Romaszewscy poznają księdza. Przed laty biegali na jego kazania. Teraz jest dla nich prorokiem, świętym mędrcem. Do Zofii zwraca się: "Dziecko kochane". Zofia Romaszewska: - Czuliśmy, że nas lubi. Ale to nic niezwykłego, on lubił wszystkich ludzi.

Zbigniew Romaszewski: - Potępiał zło komunizmu, ale o ludziach władzy mówił, że błądzą. Był gotów do rozmowy z każdym.

Inny działacz KOR, Henryk Wujec, spotyka księdza jeszcze na zebraniach Klubu Inteligencji Katolickiej. Potem na zebraniach KOR. Wujec: - W KOR, zwłaszcza wśród "starszych państwa", byli ludzie o niesamowitych biografiach. Ale nawet na tym tle ks. Zieja się wyróżniał. Symbol świętości. Gdy brał udział w zebraniach, była inna atmosfera. Czuliśmy, że jest wśród nas ktoś, kto ma bezpośrednią łączność z rzeczywistością, która przekracza nasze doświadczenie.

Ksiądz pyta Wujca o sprawy robotników z Ursusa i Radomia. Nie obchodzi go to, że niektórzy z więzionych mają na sumieniu także rzeczywiste przestępstwa, co władze wykorzystują propagandowo.

Wujec: - Często trudno było się rozeznać, gdzie kończył się kryminał, a gdzie zaczynała się walka z systemem. Nieraz nie wiedzieliśmy, jak wobec tych ludzi reagować. Natomiast ksiądz stał na stanowisku, że należy ich zawsze bronić, niezależnie od tego jaką mają przeszłość, bo zostali uwięzieni na podstawie fałszywych oskarżeń.

***

KOR-em czasem wstrząsają spory dotyczące sposobów walki z systemem, ambicje. Ksiądz stara się konfliktami nie zajmować. Wujec: - Starał się nas jednoczyć. Michnik, Kuroń, Macierewicz, wszyscy mu byli bliscy. KOR był takim małym parlamentem i do ostrych dyskusji dochodziło. Ale to, że do końca istnienia (wrzesień 1981) nigdy się brzydko nie podzielił, jest zasługą łagodzenia księdza Zieji.

Romaszewski: - Dla niego chrześcijaninem był każdy, kto czynił dobro.

Wujec: - Pamiętam, jak dyskutował z Kuroniem. Kuroń mówił, że nie wierzy w Boga, a ksiądz go przekonywał: "Wierzysz syneczku, wierzysz. Jeśli tylko o tych sprawach myślisz, to znaczy, że wierzysz".

W KOR zainteresowania Zieji nie ograniczają się do pomocy represjonowanym. Interesuje się też Litwą, Białorusią, Ukrainą. Wujec: - Apelował, byśmy nie zapomnieli o braciach po tamtej stronie granicy. Tyle się mówi o przesłaniu Giedroycia, ale tu w kraju tę samą opcję głosił ks. Zieja. Mówił, że powinniśmy się otworzyć na sąsiednie narody.

Romaszewski: - Pewnego razu, jeszcze z kilkoma działaczami napisał petycję do ONZ. Chciał, żeby zakazano handlu bronią. Czy to czysta utopia? Przecież istnieje embargo na handel narkotykami.

Był też zdeklarowanym abolicjonistą. Romaszewski: - To najważniejsza rzecz, której mnie nauczył: przekonania, że kara śmierci jest złem. Cokolwiek się wydarzy, w tym pozostanę mu wierny. Nie zabijaj, znaczy nie zabijaj.

***

Ojciec Jan Bartos, dziś redemptorysta, jest siostrzeńcem Zieji. Kształtował swoje życie pod jego wpływem. Jest pewien, że powołanie do kapłaństwa zawdzięcza jemu i jego modlitwie. Obecności jego legendy w rodzinie. Także dostrzegania potrzebujących nauczył się od Zieji. W latach 70. ojciec Bartos pod wpływem wuja rusza do ZSRR, by służyć tam jako duszpasterz. Po powrocie do Polski pomaga alkoholikom.

Ojciec Bartos: - Nauczył mnie, że Chrystus jest obecny nie tylko w sakramencie, ale w każdym człowieku. Dzięki niemu potrafię wyciągać rękę do ludzi najbardziej potrzebujących pomocy. Mam w sercu jego wspomnienie. Nie umiem oddać w słowach. Bezpośredni, bliski, ojcowski. Po prostu kochany.

Umiera w 1991 r. Zostaje pochowany na cmentarzyku w Laskach, obok matki. Przechodzi do historii, ale dla wąskiej grupy ludzi. Nie jest szerzej znany. Raczej zapomniany.

Ojciec Bartos: - Nie mam wątpliwości, że był to święty. Dowodów jego świętości jest wiele. Rzadko ktoś potrafi się tak otworzyć na drugiego człowieka. Dać tak wiele miłości. Obojętnie, czy to samotna matka, czy działacz KOR. To był heros, tytan pracy. Dwa lata temu specjalna delegacja zwróciła się do prymasa Glempa z prośbą o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, jaki zakończyłby się wyniesieniem go na ołtarze.

Wujec: - Gdy zamordowano ks. Popiełuszkę, powstał komitet i słał pisma do Watykanu, by uznać go za świętego. W przypadku ks. Zieji taki komitet nie powstał i to wielki błąd. Nie zadbaliśmy o niego.

Hennelowa: - Jego charyzma polegała na obecności. Nie chodziło o jakieś uderzająco nowe myśli, ale o świadectwo niewzruszenie wierne. I jeszcze coś trzeba dodać. W Kościele istnieje coś takiego, jak zjawisko krzywdy, po ludzku biorąc. Tak jakby niektórzy świadkowie, ci co chrześcijaństwo najwierniej wyrażają, nie mogli być dostrzeżeni ani nagrodzeni. Nie wychodzą z cienia, nieraz bardzo długo. To nie w porządku, ale jakoś dziwnie bliskie ludzkiej naturze. Wdzięczność nie jest najwybitniejszą naszą cechą.

Korzystaliśmy z książki J. Zieji "Życie Ewangelią" (Paryż 1991), wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Jacka Moskwę. Dziękujemy za pomoc Zakładowi w Laskach i o. Janowi Bartosowi.

Tygodnik Powszechny